Dawne rękopisy bywają pełne zagadek. Nie inaczej jest z Modlitewnikiem Królowej Bony z 1528 roku, jednym z najpiękniejszych zabytków piśmiennictwa renesansowego w Polsce. Każdy miłośnik rękopisów wie, że prawdziwa przygoda nie zaczyna się tam, gdzie tekst jest oczywisty, lecz tam, gdzie detal zaczyna opowiadać historię.
Pośród kunsztownie malowanych inicjałów znajduje się pewien szczególny, namalowany na karcie 251, zbudowany z liter ST. Drobny detal, a jednak otwiera całe pole domysłów i interpretacji. Co oznacza? Błąd, skrót, żart autora, a może ślad modlitewnej intencji?
Hipoteza 1: Signum i nieuważny iluminator?
Pierwsza hipoteza zakłada zwykłą omyłkę pisarską. Iluminator, być może w pośpiechu, być może przez roztargnienie, w przygotowanym czerwonym polu zapisał literę „T”. Próbując się ratować, stworzył rodzaj monogramu, wplatając literę „S”, po czym dopełnił filigranami. Takie „prostowanie błędów” znamy z innych rękopisów. Zamiast zamalowywania, iluminator inkorporował pomyłkę w ozdobę. Ale jeśli tak, dlaczego nie zastosowano prostszego rozwiązania? Choćby przemalowania „T” w kształt krzyża? Tym bardziej, że na tej karcie 251 r. wymalowano aż 5 wypełniaczy w formie krzyża? Kompozycja sprawia wrażenie przemyślanej. Filigrany i wypełnienia sugerują, że litery zostały tak zaprojektowane z zamysłem.
Hipoteza 2: Monogram Samostrzelnika?
Twórcą dekoracji modlitewnika jest Stanisław Samostrzelnik, łac. Stanislaus Claratumbensis (ok. 1480–1541). Krakowski cysters, malarz i iluminator, uchodzący za najwybitniejszego miniaturzystę polskiego renesansu. Jego charakterystyczny styl rozpoznajemy w dekoracjach manuskryptu: bogatych ornamentach, złoceniach, subtelnym światłocieniu i motywach roślinnych o niezwykłej lekkości. W księgach, które dekorował, możemy odnaleźć inicjały Stanisława z Mogiły. Taki „podpis” w Modlitewniku Królowej Bony odnajdziemy na karcie 36a v., w całostronicowej miniaturze Zwiastowania. W cokole, pod stopami Maryi odczytujemy inicjały S.C.A. (= Stanislaus Cisterciensis Auctor). Czy zatem „ST” mogłoby być jego monogramem? Nie znajdujemy takich dekoracji w innych dekoracjach spod ręki Samostrzelnika, więc jest to wątpliwa hipoteza.
Kolejne hipotezy poprzedzimy tekstem, bo niejednokrotnie sama treść naprowadza nas na rozwiązanie.
Przeczytajmy tekst łaciński:
Signum in quo fily
dei santi et liberati
fuerunt a morbo.
et a morte subitanea. Sancte
Deus. Sancte fortis. S[an]cte
et immortalis salvator
mundi deus miserere no-
bis. Sancte Sebastiane, mi-
les beatissime. q[ua]m tota pa-
tria Lombardie liberata
fuit a mortifera peste. et a
maligno hoste tuis preci-
bus et meritis. intercede
pro nobis ad dominum.
Hipoteza 3: Sit signum?
Zwolennicy hipotezy filologicznej wskazywać mogą na możliwość skrótu: ST = Sit (niechaj się stanie). W tekście modlitwy pojawia się bowiem wezwanie odnoszące się do „znaku”, który miał chronić i uzdrawiać. Formuła „Sit signum” – „niechaj będzie znakiem” pasowałaby doskonale do kontekstu modlitwy z czasów zarazy w Lombardii. Wówczas „ST” nie byłoby błędem, lecz starannie przemyślanym skrótem o charakterze wstawienniczym. W tej modlitwie wierni proszą Boga o miłosierdzie, a także o wstawiennictwo świętego Sebastiana w walce z chorobami i złem.
Hipoteza 4: Cześć oddana św. Sebastianowi?
ST może być nawiązaniem do św. Sebastiana, jednego z patronów chroniących od zarazy. Modlitwa oddaje cześć świętemu Sebastianowi, który jest wspominany jako patron Lombardii w czasie zarazy. Zbitka „ST” mogłaby zatem przywoływać zarówno jego imię, jak i pojęcie stigma, czyli śladu, znaku cierpienia. W tym kontekście inicjał stałby się wizualnym skrótem modlitewnego wezwania, łączącego postać świętego z symbolem zbawienia.
Hipoteza 5: ST jako amulet?
W XVI wieku Europa zmagała się z wieloma epidemiami, w tym z dżumą i ospą. Wiedza medyczna była ograniczona, a choroby często uważano za karę boską lub efekt działania złych duchów. W takich warunkach powstała silna potrzeba używania amuletów i symboli ochronnych, zarówno w formie talizmanów, jak i w postaci inskrypcji w książkach modlitewnych, na szatach, czy na przedmiotach codziennego użytku. Amulety nie leczyły choroby w sensie medycznym, ale pełniły kilka funkcji. Dawały poczucie bezpieczeństwa i kontroli w czasie epidemii, łączyły religijną wiarę z ochroną przed nieznanym zagrożeniem oraz sygnalizowały troskę o zdrowie własne i rodziny.
Jak to możliwe, że w chrześcijańskiej Europie funkcjonowały amulety?
Historia z Księgi Liczb (21,4–9), w której Mojżesz sporządza miedzianego węża na polecenie Boga, wydaje się sprzeczna z zakazem czynienia „podobizn” (Wj 20,4). A jednak to sam Bóg nakazuje wykonanie przedmiotu, który staje się narzędziem wybawienia. Mamy do czynienia z paradoksem? Tu istotna jest intencja i symbolika. Miedziany wąż nie miał być bogiem ani amuletem. Stał się znakiem posłuszeństwa i wiary.
4 Od góry Hor szli w kierunku Morza Czerwonego, aby obejść ziemię Edom; podczas drogi jednak lud stracił cierpliwość. 5 I zaczęli mówić przeciw Bogu i Mojżeszowi: «Czemu wyprowadziliście nas z Egiptu, byśmy tu na pustyni pomarli? Nie ma chleba ani wody, a uprzykrzył się nam już ten pokarm mizerny». 6 Zesłał więc Pan na lud węże o jadzie palącym, które kąsały ludzi, tak że wielka liczba Izraelitów zmarła. 7 Przybyli więc ludzie do Mojżesza mówiąc: «Zgrzeszyliśmy, szemrząc przeciw Panu i przeciwko tobie. Wstaw się za nami do Pana, aby oddalił od nas węże». I wstawił się Mojżesz za ludem. 8 Wtedy rzekł Pan do Mojżesza: «Sporządź węża i umieść go na wysokim palu; wtedy każdy ukąszony, jeśli tylko spojrzy na niego, zostanie przy życiu». 9 Sporządził więc Mojżesz węża miedzianego i umieścił go na wysokim palu. I rzeczywiście, jeśli kogo wąż ukąsił, a ukąszony spojrzał na węża miedzianego, zostawał przy życiu.
Chrześcijaństwo od początku odróżniało sakramentalia, czyli znaki przypominające o obecności Boga, od amuletów rozumianych magicznie, czyli takich, które mają chronić mocą własną. Krzyż na szyi nie jest „zaklęciem”. Jego znaczenie jest czysto symboliczne. Ma przypominać o wierze, nie zastępować Boga. Problem pojawia się, gdy człowiek zaczyna wierzyć, że sam przedmiot ma moc uzdrawiania, ochrony czy „odwracania złego losu”. Wtedy wchodzi w obszar pojęcia magicznego, które Biblia jednoznacznie odrzuca. Mimo to tradycja ludowa zawsze wplatała wiarę w rzeczy, które można dotknąć. Od wczesnego średniowiecza chrześcijanie nosili relikwie, fragmenty Ewangelii w woreczkach, krzyże z drewna oliwnego, święconą wodę czy szkaplerze. Kościół, zamiast walczyć z tą potrzebą, często nadawał takim przedmiotom nowy sens katechetyczny i modlitewny, a nie magiczny.
Z perspektywy współczesnej psychologii i antropologii religii, amulety pełnią rolę „kotwicy emocjonalnej”. Pomagają wierzącym zredukować lęk, poczuć się bliżej sacrum, utrzymać kontakt z transcendencją w świecie zdominowanym przez niepewność. Niektóre badania sugerują wręcz, że takie symbole mogą obniżać poziom stresu i zwiększać poczucie bezpieczeństwa, pod warunkiem, że nie stają się substytutem zaufania do Boga.
Chrześcijaństwo nie potępia znaków, ale potępia bałwochwalstwo i zabobon. Miedziany wąż Mojżesza, medalik na szyi czy święcona woda to różne elementy tego samego zjawiska: potrzeby nadania duchowego sensu rzeczom widzialnym. Dlatego nie tyle należy rezygnować z symboli, co świadomie z nich korzystać, pamiętając, że żadna rzecz nie zbawia, zbawia tylko relacja z Bogiem.
W ikonografii średniowiecznej i renesansowej połączenie liter S i T miało znaczenie znacznie wykraczające poza zwykłą ligaturę. Forma, w której litera S oplata pionową oś T, przywodziła na myśl biblijnego węża miedzianego umieszczonego na palu, jako symbol uzdrowienia, ale też ochrony przed śmiercią. W wielu rękopisach i amuletach litery te stanowiły graficzne wyobrażenie zwycięstwa życia nad śmiercią, światła nad mrokiem, dobra nad złem. Taki znak działał jak tarcza apotropeiczna, czyli miał odpędzać złe moce, choroby i nieszczęścia, zwłaszcza w czasach zarazy. Wierzono, że sama obecność tego znaku, wywodzącego się z biblijnego archetypu, stanowi ochronę przed „palącym jadem”, zarówno w sensie dosłownym (choroby), jak i duchowym (grzechu, pokusy).
W ten sposób znak ST stawał się mostem między wiarą a dawnym rozumieniem amuletu: nie był bożkiem, lecz wizualnym skrótem teologicznej prawdy, że Bóg może przemieniać to, co śmiercionośne, w źródło ocalenia.
Takie wyjaśnienie wydaje się być najwłaściwsze, tym bardziej, że potwierdzają tę teorię naukowcy.
Tu odsyłamy do opracowania „Modlitewnik królowej Bony. 1528 r. Facsimile”, wstęp: Rafał Wójcik, Wydawnictwo PSP, Poznań 2016.
Dlaczego to ma sens?
Najmocniejszym tropem zatem jest wyjaśnienie skrótowe. ST jako swoisty symbol powiązany z treścią modlitwy. To wyjaśnienie łączy filologię systemów skrótów z jasnym kontekstem modlitewnym i historycznym. Hipoteza o sygnaturze Samostrzelnika jest pociągająca i estetycznie elegancka, ale wymaga konfrontacji wizualnej z innymi jego inicjałami. Tłumaczenie „błędu iluminatora” pozostawiamy jako możliwe, jednak mniej prawdopodobne, jeśli inicjał rzeczywiście wykazuje przemyślaną kompozycję.
Czym zatem jest zagadkowy inicjał „ST” z Modlitewnika Królowej Bony? Dla nas stał się punktem wyjścia do poszukiwań i studiowania. Właśnie w tym tkwi urok dawnych manuskryptów, że każda litera, każdy inicjał bywa tropem w śledztwie, które prowadzi czytelnika, dziś nie mniej niż pięć wieków temu, do świata symboli dostępnego dla współczesnych, języka i osobistych gestów twórcy.